Namibia 2015 #2 – Przygotowania i pierwsze kroki

DSC_6481
Wróciliśmy! Po trzech tygodniach intensywnego przemieszczania się po bezdrożach Namibii, dotarliśmy cali i zdrowi do naszego kraju. Dotarliśmy już wcześniej, ale zaraz po powrocie utonęliśmy w tysiącach zdjęć, godzinach materiału filmowego i milionach maili. Teraz można powiedzieć, że się odgrzebaliśmy, co nie do końca jest prawdą, bo wciąż przed nami sporo artykułów do napisania, filmów do montażu, a wszystko to dla Was! No, dla nas trochę też. Rozpoczynamy zatem naszą opowieść o odległym wspaniałym kraju jakim jest Namibia.

Zaczęło się wszystko od tego, że mieliśmy z Pawłem płynąć jachtem Polonus z Namibii do Brazylii, jednak w wyniku wypadku jachtu podczas poprzedniego rejsu, musieliśmy zmienić nieco nasze plany.

Do 14 marca, kiedy mieliśmy wyruszyć do Namibii było jeszcze trochę czasu. Postanowiliśmy zatem wziąć się do organizowania całego przedsięwzięcia. Na początku upewniliśmy się gdzie jest Namibia i co ma do zaoferowania. Z najważniejszych na daną chwilę informacji jakie uzyskaliśmy było to, że jest to kraj bezpieczny, językiem urzędowym jest angielski, właściwie jedynym sensownym sposobem podróżowania jest samochód i, pomimo iż jest to pustynny kraj – jest wiele do zobaczenia.

Plan był następujący, pożyczamy samochód 4×4 z namiotem na dachu i całym kempingowym ekwipunkiem, ruszamy ze stolicy – Windhuk i objeżdżamy kraj dookoła chcąc zobaczyć jak najwięcej.

Paweł zajął się logistyką czyli ustaleniem trasy między miejscami które chcemy odwiedzić. Wymagało to większej uwagi, ponieważ podróż miała mieć miejsce w porze deszczowej – trzeba było wziąć pod uwagę pojawiające się w rejonie rzeki okresowe – niektóre rejony w tamtym okresie były odcięte od Świata.

namibiakluczka

Ja w międzyczasie rozpocząłem poszukiwania wypożyczalni samochodów. Po wysłaniu wielu zapytań, otrzymaniu masy ofert, wybrałem tą z najlepszym stosunkiem jakości do ceny: Toyota Hillux 2.5D z 2014 roku, wyposażona we wszystko co może się przydać w podróży. Kolejnym krokiem były rezerwacje kempingów. Nie zalecane jest nocowanie na dziko, ze względu na ryzyko spotkania dzikich zwierząt, które przeważnie stronią od obecności człowieka, jednak zawsze jest obawa że mogą nam zrobić krzywdę. Na szczęście infrastruktura turystyczna w Namibii jest rozbudowana, więc ze znalezieniem kampingów na naszej trasie nie było problemów. Marzec nie jest najpopularniejszym miesiącem na wizytę w Namibii (gorąco i pada), nie mieliśmy zatem problemów z rezerwacjami. Po kilku tygodniach mieliśmy już z grubsza wszystko przygotowane, pozostały jedynie kwestie dogrania detali.

Kompletowanie sprzętu, zagwozdki związane z jego zasilaniem, organizowanie wiz w ambasadzie, której w Polsce nie ma, zabezpieczenie się szczepionkami, kompletowanie apteczki – wszystko mamy już za sobą, cały plan dopracowany w najdrobniejszym szczególe, zbindowany w postaci kilkudziesięciostronicowej księgi.

14 marca  2015 roku. Lotnisko Balice w Krakowie. Wsiadamy do samolotu linii Lufthansa i nasza przygoda rozpoczyna się na całego. Trochę ochłodziło nasz zapał 8 godzinne oczekiwanie na kolejny lot na lotnisku we Frankfurcie. Mieliśmy czas żeby opracować listę zakupów spożywczych do zrobienia w Namibii czy popracować nad scenariuszami do naszych filmów, które chcieliśmy kręcić na miejscu. 10 godzinny lot do Windhuk liniami Air Namibia przebiegł bez problemów, ale też bez większego komfortu i z niezbyt smacznymi posiłkami. Parę minut po siódmej na płycie lotniska przywitało nas rześkie choć ciepłe powietrze, długa kontrola paszportowa wraz z kontrolą temperatury ciał w celu wykrycia Eboli.

Na lotnisku we Frankfurcie

Na lotnisku we Frankfurcie

Wypożyczalnia zapewniła nam transfer z lotniska do swojej siedziby, gdzie po dopełnieniu formalności zaprezentowano nam nasz samochód. Na dachu znajdowały się dwa namioty, które można w ciągu kilku minut rozłożyć bez większych problemów. W środku był materac i poduszki – śpiwory mieliśmy swoje – fantastyczne puchowe Yeti. Na zabudowanej pace była lodówka zasilana 12V, skrzynia z metalowymi talerzami, kubkami i miskami oraz zestawem sztućców, cztery składane krzesła oraz stolik, kuchenka gazowa, kanister na wodę i saperką. Samochód był wyposażony w dwa akumulatory, z czego jeden przeznaczony do lodówki, oraz dwa koła zapasowe. Byliśmy gotowi do drogi!

DSC_9022

Toyota Hilux – nasz dom na kolejne 3 tygodnie

Naszym pierwszym celem było zlokalizowanie sklepu, w którym mieliśmy się zaopatrzyć w żywność. Klucząc po Windhuk, nie mogąc trafić na odpowiednie miejsce zapędziliśmy się do dzielnicy Katatura, w której widok białego człowieka jest rzadkością. Blaszane i tekturowe budynki, ogrodzenia z drutami kolczastymi pod prądem i wyraźne zainteresowanie naszym samochodem powodowało, że chcieliśmy stamtąd odjechać jak najszybciej. Dzielnica ta, mimo na pozór groźnego wyglądu, jest bardzo ciekawym miejscem.

Wszystko zaczęło się w latach 50’, kiedy administracja stolicy postanowiła przenieść wcześniej odizolowanych czarnych mieszkańców do nowej dzielnicy na północy. Nazwa Katutura w języku Herero oznacza “miejsce, gdzie ludzie nie chcą mieszkać”. Nowe ziemie były w 100% zarządzane przez administrację, co skutkowało tym, że mieszkańcy musieli zacząć płacić czynsz, a dodatkowo każdemu z nich przypadało nieporównywalnie mniej ziemi. 10 grudnia 1959 roku w dzielnicy wybuchły zamieszki, krwawo stłumione przez policję. W wyniku tego 11 mieszkańców Katutury zostało zabitych, a 44 rannych. Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka obchodzi się właśnie 10 grudnia, na pamiątkę tamtego wydarzenia.

Katutura

Katutura

Na pierwszy market – Spar – trafiliśmy kilkanaście kilometrów za stolicą, w niewielkiej miejscowości. Zaopatrzony był właściwie we wszystkie produkty, które można spotkać w Europie – no, może jedynie mniejszy był ich wybór. Ceny były zbliżone do polskich, jedynie woda była droższa. Kilkanaście siatek z zakupami zapakowaliśmy do samochodu i ruszyliśmy w trasę szukając odpowiedniego miejsca do przepakowania naszych rzeczy i przeorganizowania przestrzeni bagażowej. Przy drogach co kilka kilometrów znajdowały się parkingi z ławkami i stolikiem pod rozłożystym drzewem, które dawało kojący cień. Idealne miejsce na spokojne przygotowanie się do dalszej drogi.

Przed nami nasz kolejny cel – Płaskowyż Waterberg.

Płaskowyż Waterberg

Płaskowyż Waterberg